Wszystkie wpisy, których autorem jest Wiadomosci ASP

Dla galerii artyści są najważniejsi

Z Aleksandrem Celustą rozmawia
Agnieszka Jankowska‑Marzec

 

Agnieszka Jankowska-Marzec: Kiedy i jak narodziła się idea „Henryka”? Celowo nie używam określenia galeria „Henryk”, bo miejsce, w którym się w tej chwili znajdujemy, to coś więcej…
Aleksander Celusta: To prawda, w lipcu br. „Henryk” obchodził swoje pierwsze urodziny, świętując je wystawą Ojciec szklarz, matka szyba, w której udział wzięli m.in. Joanna Rajkowska, Jerzy Kosałka czy Bartosz Kokosiński. W zasadzie do tego czasu „Henryk” nie przypominał typowej galerii sztuki. Funkcjonował jako przestrzeń‑laboratorium dla zaproszonych artystek i artystów. Z braku pieniędzy na jej zorganizowanie i prowadzenie narodziła się koncepcja alternatywnego finansowania działań galerii. Wraz z moim partnerem biznesowym Mateuszem Piegzą powołaliśmy do życia szkołę rysunku i malarstwa, a z zysku z niej uzyskanego utrzymujemy działania wystawiennicze.
AJM: Czyli jesteście niezależną inicjatywą prywatną?
AC: Zdecydowanie tak, ponieważ jak dotąd ani szkoła, ani galeria nie funkcjonują w oparciu o dotacje ze środków publicznych. Po roku prowadzenia galerii nasz apetyt na bardziej rozbudowane projekty wystawiennicze wzrósł. Interesuje nas również edukacja publiczności w zakresie sztuki współczesnej. Między innymi w tym celu założyliśmy Fundację Galerii „Henryk”, która – mamy nadzieję – pozwoli nam szybciej „rozwinąć skrzydła” i – na czym nam szczególnie zależy – w pełni wynagradzać wystawiających się u nas artystów.
AJM: No właśnie, można chyba śmiało powiedzieć, że dla galerii artyści są najważniejsi, obok kuratora, którego rolę pełnisz. Jak ich znajdujesz? Jakim kryterium kierujesz się, zapraszając ich do współpracy?
AC: Nie ukrywam, że jednym z kryteriów był wiek, bo sam będąc człowiekiem młodym, 24‑letnim, najłatwiej znajduję wspólny język z moim pokoleniem. Oglądam pokazy dyplomowe, czytam prasę fachową, przeglądam Internet i w rezultacie udało mi się zorganizować kilka debiutanckich wystaw artystów, którzy nie przekroczyli 30 roku życia.
AJM: Ale jak zauważyłam, bycie młodym nie stanowi jedynej „przepustki” do wystawy w galerii „Henryk”. W jednym z wywiadów wspomniałeś, jak ważną rolę odgrywa przestrzeń, w której artyści pokazują swoje prace…
AC: Zdecydowanie tak. To przestrzeń trudna: mieszkanie, które mieści galerię i szkołę. Jedna część ma charakter ekspozycyjno‑edukacyjny; jest to niełatwy do zagospodarowania pokój z piecem kaflowym, kaloryferem i centralnie sytuowanym oknem. W drugiej pokazywane są prace artystów współpracujących z „Henrykiem” (można powiedzieć: kolekcja stała naszej galerii). Początkowo planowałem, aby artyści tutaj wystawiający zmierzyli się właśnie z samą przestrzenią, stąd też przewaga instalacji w ubiegłym roku wystawienniczym. Sam przeżywałem coś w rodzaju kuratorskiej choroby „instalacjonizmu”. Z czasem okazało się, że część prac pokazywanych w „Henryku” ma jeszcze jeden wspólny mianownik – bywają one często wykonane w duchu „bieda‑estetyki”. Artyści wykorzystują ubogie materiały, rzeczy bardzo tanie lub po prostu znalezione.
AJM: Zaobserwowałam, że niektóre dzieła artystów z „Henryka” można by połączyć także z tak popularnym obecnie nurtem formalizmu?
AC: To prawda. Młodzi artyści znacznie chętniej posługują się językiem abstrakcji. Prace części z nich wpisują się w niezwykle popularny obecnie model sztuki nazwany zombie formalizmem. Obca jest im fascynacja surrealistyczną poetyką, która cechowała pokolenie urodzonych na początku lat 80. czy też zjawisko wdzięcznego do przyswojenia pop‑banalizmu.
AJM: A co ciebie jako kuratora interesuje najbardziej? Jakie wystawy chcesz pokazywać?
AC: Mówiąc może na wyrost – kuratorskie dzieło totalne. Chciałbym, aby wystawy problemowe w „Henryku” nawiązywały do siebie i żeby cechowała je spójna narracja. Dotychczas udało mi się zrealizować dwie, które traktuję jako moją wypowiedź kuratorską. W pierwszej z nich pt. Ojciec szklarz, matka szyba zainspirowany odnalezionym przeze mnie na śmietniku obrazem Tomasza Kręcickiego (miał pracownię w kamienicy, w której mieści się „Henryk”) poruszyłem zagadnienie błędu w sztuce, artystycznego odrzutu. Mimo ogólnie żartobliwego charakteru, wystawie zdarzyło się uderzyć w poważne tony, pytając o prawny status dzieła. To też jakże ważny namysł nad mechanizmem selekcji.
Z kolei drugą z wystaw zatytułowaną Zespół Pieśni i Tańca Henryk potraktowałem znacznie bardziej autoreferencyjnie. Zdecydowałem się na rodzaj osobliwego podziękowania dla artystów, którzy podjęli ze mną współpracę w ubiegłym sezonie wystawienniczym. Wysłałem do nich listy miłosne w formie obiektów/artefaktów zakupionych na pobliskim pchlim targu, licząc, że zaproszeni przeze mnie twórcy zdecydują się dokonać na nich interwencji lub stworzą na ich bazie zupełnie nowe prace. Zespół Pieśni i Tańca Henryk to również bez mała deklaracja programowa…
AJM: Właśnie, wspomniana wyżej wystawa odbyła się we wrześniu, w momencie niezwykle ważnym dla „Henryka”, podjęliście bowiem decyzję, że będziecie nie tylko miejscem wystawienniczym, ale zaczniecie reprezentować artystów (w grupie tej znalazło się pięciu absolwentów krakowskiej ASP).
AC: Obecnie reprezentujemy siódemkę artystów: Pawła Dudziaka, Adriana Kolerskiego, Emilię Kina, Filipa Rybkowskiego, Michała Srokę, Michała Soję i Katarzynę Szymkiewicz. Aż pięcioro z nich jest absolwentami krakowskiej ASP, Kasia Szymkiewicz jest dyplomantką w pracowni prof. Andrzeja Bednarczyka. W wielkim skrócie charakteryzuje ich badanie współczesnej kultury materialno‑wizualnej, tworzenie mikronarracji oraz zainteresowanie formalną strukturą dzieła. Chcemy rozpocząć poważną przygodę z rynkiem od pokazania naszych artystów na przeznaczonych dla młodych galerii targach sztuki Supermarket w Szwecji. Rozpoczynamy też działalność wydawniczą od publikacji art booka Michała Sroki. Lada chwila ukaże się pierwszy numer rocznika „Henryka” i zdecydowanie nie chcemy się na tym zatrzymać, interesuje nas bowiem „mapowanie” zjawisk lokalnego środowiska artystycznego nie tylko na poziomie wystawienniczym, ale także przygotowywanie publikacji o charakterze popularnym i naukowym.
AJM: Czy możesz zdradzić plany na przyszły rok? Czym nas „Henryk” zaskoczy?
AC: Przyszły rok dla galerii „Henryk” będzie zdecydowanie przełomowy. Już pierwsza wystawa, dla mnie jako kuratora, stanowić będzie niemałe wyzwanie. Po raz pierwszy zdecydowałem się na międzypokoleniowy schemat współpracy i do wystawy zaprosiłem zarówno młodych artystów, tych bardziej doświadczonych, jak i akademików. Planujemy również pokaz duetu Polen Performance pod kuratelą Tomka Pawłowskiego. Tym samym otwieramy się na inne miasta i – co ważne – (innych) kuratorów. Występujemy również o granty przydzielane przez MKiDN oraz miasto Kraków.
AJM: Na koniec chciałabym zapytać cię o twoją receptę na sukces. Spójny program, uzdolnieni artyści i dobra współpraca z krytyką artystyczną (bo jesteście przez nią chwaleni) to na pewno minimum, ale może coś jeszcze?
AC: Jak powiedziała Małgorzata Rozenek, „Skupcie się na jednej czynności do końca. Najpierw zbieramy duże śmieci. I potem druga zasada, jak w matematyce: łączymy rzeczy w zespoły – chemia z chemią, kosmetyki z kosmetykami, gąbki z gąbkami, zabawki z zabawkami…”.
AJM: Dziękuję z rozmowę.

30 dni dla natury

Fragment recenzji pracy dyplomowej

Iwona Demko

Kiedyś życie człowieka było ściśle uzależni­one od okresów klimatycznych ziemi, tzw. pór roku. Człowiek czuł się częścią natury, maleńkim elementem ogromnego układu. Namacalnie odczuwał swój związek z naturą. Wiedział, że jego egzystencja jest zależna od tego, jak będzie traktował otaczający go świat. Dlatego odczuwał wobec natury pokorę i oddawał jej cześć. Osobą, która miała niezwykłą wieź z naturą, była kobieta. Miesiączkująca wraz z pełnią Księżyca. Wydająca na świat potomstwo tak jak ziemia plony. Człowiek odczuwał respekt wobec natury i kobiety, która tę naturę uosabiała. Ważną rolę spełniało ciało kobiety mające moc wydawania na świat nowego życia. Ważną rolę odgrywała seksualność kobiety, która sankcjonowała jej władzę. Dzięki temu kobiety były pewne siebie, silne, zintegrowane ze swoim ciałem. Potem nastały czasy podporządkowywania natury człowiekowi. Czasy wyższości myśli ludzkiej nad naturą. Wyższości rozumu, słowa, potęgi umysłu ludzkiego. Rozum stanął wyżej niż intuicja. A człowiek wyżej niż natura. Wszystko, co naturalne, straciło na znaczeniu. Poród stał się czynnością banalną i naznaczoną bólem, krew menstruacyjna rzeczą wstydliwą, seksualność kobieca rzeczą grzeszną, a intuicja – rzeczą ośmieszoną. Wraz z utratą znaczenia natury swoją wyjątkową wartość utraciła również kobieta. Zapomniała ona jednocześnie o swoim poczuciu godności. Tracąc związek z naturą, kobieta utraciła kontakt ze sobą: z własnym ciałem i duchem. Nastąpiło odcięcie materii od ducha, seksualności od duchowości. Ciało kobiety stało się dla niej obce. Kobieca seksualność nadal sankcjonowała władzę, ale teraz nie była to jej własna władza, ale władza męska. Kobieta została na nowo określona przez mężczyznę. Zyskała nową definicję swej natury. Jej ciało zostało opisane w nowy, inny sposób z perspektywy mężczyzny. Wkrótce potem kobieta przejęła sposób definiowania siebie poprzez męski pryzmat. Pozbawiono ją poczucia siebie samej. Pozbawiono ją nawet języka, w którym mogłaby siebie wyrazić. Luce Irigaray w książce pt. Ta płeć (jedną) płcią niebędąca pisze: „W istocie jednak «kobiecość» ta stanowi rolę, wizerunek i wartość narzuconą kobietom przez męskie systemy reprezentacji. W takiej maskaradzie kobiecości kobieta gubi się i zatraca tym bardziej, im większy bierze w niej udział”1.

Praca dyplomowa Michaliny Bigaj zda­je się odzwierciedleniem podświ­adomej tęsknoty za minionymi czasami. Czasami, w których kobieta określana była przez samą siebie i jej niezwykły związek z naturą. Tęsknota ta nie jest świadoma, ponieważ dotyczy czasów, o których nikt już nie pamięta. Jednak pamięć ta jest zapisana w ciele, w podświadomości. Dyplomantka instynktownie odwołuje się do natury, właśnie tam doszukując się drogi do odnalezienia utraconej tożsamości, podświadomie odkrywając pewną mądrość, która mówi, że: „Kiedy kobieta na nowo utwierdza swój związek z pierwotną, zwierzęcą naturą, otrzymuje dar – wieczną, wewnętrzną mądrą opiekunkę, wizjonerkę, wyrocznię, natchnienie, intuicję, sprawczynię, stwórczynię, wynalazczynię, wreszcie uważną słuchaczkę, która prowadzi, przewodzi, podpowiada i przekonuje do korzystania z pełni życia w świecie zewnętrznym i wewnętrznym. Kiedy kobieta jest tak bliska naturze, istnienie tej więzi emanuje z niej blaskiem”2 […]

———————————————————————————–
Przypisy

  1. L. Irigaray, Ta płeć (jedną) płcią niebędąca, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2010, s. 69.
  2. C.P. Estás, Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Zysk i S-ka, Poznań 2001, s. 16.

Grafika to lekkość i nawarstwianie się wielu rzeczywistości…

Rozmowa o twórczości i istocie grafiki z Deborah Cornell – podwójną laureatką mtg – Kraków 2015

Marta Anna Raczek‑Karcz: Na wstępie chciałabym zapytać, czy instalacja graficzna nagrodzona Grand Prix Międzynarodowego Triennale Grafiki – Kraków 2015 to dla pani początek nowych poszukiwań twórczych, czy też przykład wypowiedzi artystycznej, która wpisuje się w pani dotychczasowe działania? Czytaj dalej Grafika to lekkość i nawarstwianie się wielu rzeczywistości…

O melancholii, amerykańskich komiksach i współczesnym świecie

Rozmowa z Malwiną Mosiejczuk laureatką Grand Prix Młodej Grafiki Polskiej – Kraków 2015

Marta Anna Raczek‑Karcz: Zacznijmy wprost. Tematyka podjęta przez panią w nagrodzonym cyklu jest brutalna. Jak wyglądał początek pani pracy nad cyklem Versus? W jaki sposób i w którym momencie natrafiła pani na fotografie, które stały się punktem wyjścia pani poszukiwań?

Malwina Mosiejczuk: Pomysł na cały cykl zrodził się, gdy pracowałam nad innym projektem – Elizabeth Short. Praca ta jest zainspirowana sprawą głośnego morderstwa młodej Amerykanki, do którego doszło w 1947 r. w Los Angeles. Akt zabójstwa przez swoją wyjątkową brutalność i fakt, że do dzisiaj sprawa nie znalazła rozwiązania, wywołał w mediach burzę, której echo słychać do dziś. Morderstwo Elizabeth Short – zwanej Czarną Dalią – stało się elementem amerykańskiej kultury masowej, inspirując twórców filmowych, muzyków czy pisarzy. Na kanwie tej zbrodni powstało kilka kasowych produkcji (najbardziej znany jest film z 2006 r. zatytułowany The Black Dahlia). Czytaj dalej O melancholii, amerykańskich komiksach i współczesnym świecie

Ręka, noga, mózg na ścianie

Scalanie dezintegracji Karoliny Spyrki

Galeria Artzona
Kurator: Kamil Kuitkowski

Tytułowa Ręka, noga, mózg na ścianie to rodzicielska groźba pamiętana przez wielu z nas z czasów dzieciństwa. Jest w tej groźbie nie tyle obietnica przemocy, ile raczej zapowiedź dezintegracji. Rozpadu ciała, a tym samym rozpadu Ja. Jeżeli jakikolwiek akt przemocy wobec dziecka jest destrukcyjny dla ego, w tym wypadku jest to zwerbalizowane najdobitniej.  Czytaj dalej Ręka, noga, mózg na ścianie

Stupor

Michał Bratko
Dziennikach Wacława Niżyńskiego

Galeria Artzona
Kurator: Ernest Ogórek

Balet po Wacławie Niżyńskim był już inny niż przed nim. Dla tancerzy baletowych Niżyński do dziś pozostaje niedościgłym wzorem. Rosyjski tancerz i choreograf polskiego pochodzenia, dysponujący znakomitą techniką i ekspresją, zatracał się w tańcu. Do końca utożsamiał się z wykonywaną rolą. Ceną za to było szaleństwo.

Czytaj dalej Stupor

Obraz utajony

Monika Niwelińska

There is unquestionable evidence that the formation of everything we see is governed by that which we now cannot. [Lawrence Krauss, The Fifth Essence]

In the vertiginous circle of the eternal return the image dies immediately. [Dino Campana, Orphic songs]

W terminologii fotograficznej pojęcie „obraz utajony” to niewidoczny dla oka obraz powstający w emulsji fotograficznej w wyniku naświetlania; obraz powstały po ekspozycji błony fotograficznej (filmu), ale jeszcze niewywołany. W procesie wywoływania przekształca się on w obraz widzialny, obraz jawny. Obraz utajony to zatem obraz zawieszony pomiędzy widzialnym a niewidzialnym, absolutnie transparentny, niejako zatrzymany w swym istnieniu. Jest, ale funkcjonuje w sferze niedostępnej naszym zmysłom, zatracając podstawową i immanentną dla swego bytowania cechę – widzialność. Czytaj dalej Obraz utajony

Malewicz: Czarne swiatło

Janusz Krupiński

Tylko tępi i bezsilni artyści przesłaniają swoją sztukę szczerością.

Sztuce potrzeba prawdy, a nie szczerości.¹

Kazimierz Malewicz

Ludwika i Seweryn Malewiczowie byli z pochodzenia Polakami, ich wyznanie: rzymskokatolickie. Po powstaniu styczniowym uciekli z białoruskiego regionu do Kijowa, gdzie w roku 1879 urodził się im syn Kazimierz. Malewicz umarł w wieku 56 lat, w roku 1935, w Leningradzie, w przydzielonym mu mieszkaniu. Wiedział o nadchodzącej śmierci. Odszedł wśród najbliższych. Zdjęcie z tamtej chwili. Widzimy, oto już spoczywa w bieli łoża. Nad nim pochyla się Czarny kwadrat. Obok, pionowo, stoi zaprojektowana przez niego, dla siebie samego, biała trumna „suprematystyczna”². Na jej wieku, w polu twarzy, czarny kwadrat. Całe wnętrze tego pomieszczenia zainscenizował sam artysta. Oczekiwał też, że jego ciało zostanie ułożone z ramionami rozwartymi prostopadle do tułowia³. „Czarny kwadrat” pojawił się na chłodnicy samochodu transportującego ciało artysty w korowodzie żałobnym. „Oznaczenie” w postaci czarnego kwadratu miało się pojawić również na bocznej ścianie wagonu, towarowego wagonu, przewożącego ciało artysty do Moskwy, a potem do miejsca „pochówku”, we wsi Niemczynowka. Tam, w szczerym polu, została ustawiona biała, suprematystyczna bryła rzeźby‑nagrobku, o proporcjach kubu, z umocowanym na niej „czarnym kwadratem”. Pod niebosiężnym, światło niebios chłonącym drzewem, do którego pnia przybito tabliczkę z napisem… Czytaj dalej Malewicz: Czarne swiatło

Wszystko czym się nie zajmuję

→ Galeria Zderzak
→ Kurator: Marta Tarabuła

Tomasz Kręcicki

Szukam pracowni. 10–30 m2. Blisko centrum. W cenie 200–400 zł za miesiąc. Telefon: 889013836. Proszę o kontakt.
Dzisiaj zrobiłem pranie, to żaden powód, żeby pisać o tym, jednak pralka to dziwna maszyna. Zajmuje się kolorami. Ma w sobie coś z malarza. Albo na odwrót, malarz ma w sobie coś z pralki. Pranie dzieli się na białe, kolorowe, czarne – jeśli ktoś ma więcej czarnych rzeczy. Proszek do białego należy kupić, gdy chce się uprać białe koszule i białe gacie. Proszek do koloru używany jest znacznie częściej, otóż większość moich skarpet, bluz, spodni dżinsowych jest właśnie kolorowa. Standardowe pranie obejmuje najczęściej cztery etapy: pranie wstępne, pranie zasadnicze, płukanie, wirowanie. W pracowni jest podobnie, malowanie wstępne – to początek, kiedy nie za wiele wychodzi, rozgrzewka przed kolejnym etapem, czyli malowaniem zasadniczym. Wtedy maluje się najlepiej, plamy na płótnie pojawiają się intuicyjnie, dobre obrazy pojawiają się jeden za drugim. Czytaj dalej Wszystko czym się nie zajmuję

Pejzaż podręczny

Agnieszka Jankowska‑Marzec

Myślenie krajobrazem stanowi sposób widzenia świata Janusza Janczego. Przekracza skojarzenia z gatunkiem obejmującym wyobrażenia widoków natury. Stanowi wizualną narrację poświęconą pamięci przyrody i wielowymiarowości istnienia, budowaną na powierzchni i w przestrzeni, w oparciu o strategie recyklingowe. Recykling fascynuje Janczego na różnych poziomach: materiałowym i ideowym, stanowi też model jego dialogu z mistrzami sztuki ubiegłego stulecia. Nie interesuje go jednak do końca reinterpretacja gestu Duchampa, bo wciąż istotna jest dla niego manualna „przyjemność” tworzenia. Sięganie po materiały podręczne, a więc bliskie i najniezbędniejsze, stanowi z jednej strony ograniczenie, z którym artysta się zmaga, z drugiej wyzwanie budzące w nim nowe pokłady innowacyjności i prowokujące do kolejnych eksperymentów. Czytaj dalej Pejzaż podręczny